|
Dawno nie czytałem tak kiepskiej autobiografii. Wróć. Chyba nigdy nie czytałem tak beznadziejnej autobiografii! Czytałem autobiografie pisane na kolanach, zmanipulowane i pisane na zamówienie. Ale takiego niewiadomoco, to dawno w rękach nie miałem. Dotychczas wydawało mi się, że zepsuć dobry temat potrafią głównie filmowcy i scenarzyści horrorów. Horror, jaki zafundował Czytelnikom Richard Lourie, autor książki „Autobiografia Stalina” oraz zasłużone skądinąd wydawnictwo ZNAK bije ich jednak na głowę.
Temat i postać znakomite na soczystą, krwistą autobiografię. Józef Stalin, jedna z najważniejszych postaci XX wieku, szatańska niemalże bestia, prowincjusz, który wspiął się na szczyty władzy i stanął na czele jednego z najpotężniejszych państw globu, dyktator, którego decyzje zaważyły na życiu – i śmierci! – milionów ludzkich istnień, bez którego nie wiadomo tak naprawdę, jak potoczyły by się losy II wojny światowej i jak wyglądałaby powojenna Europa. Słowem – wymarzona wręcz postać dla pisarza, wymarzony temat na niejedną opasła autobiografię! Można się było skupić na fenomenie władzy, osobowości, wpływu na historię współczesnej Europy, na zakulisowych gierkach o władzę, na krwawym terrorze, fenomenie proletariackiej rewolucji, hektolitrach krwi przelewanej jednym pociągnięciem pióra, na zwykłym, prostym, a zarazem niezwykłym człowieku. Można było zrobić tak wiele, a zrobiono literacko-historycznego gniota.
Dlaczego? Otóż dlatego, iż cała, licząca 315 stron autobiografia kręci się w kółko wokół jednego tylko problemu! Problemu, jaki miał Stalin… z Trockim! Dla tych, których objął nowoczesny system niedouczania, mała uwaga. Lew Trocki, to jeden z najbliższych współpracowników Włodzimierza Iljicza Lenina, wielki rewolucjonista, jeden z twórców i przywódców ZSRR, przewodniczący Komitetu Wojskowego w Piotrogrodzie w czasie rewolucji październikowej, a zarazem największy konkurent Józefa Stalina do objęcia władzy po śmierci Lenina i w końcu nieprzejednany antagonista władcy z Kremla. Wydalony przez Stalina z ZSRR, śledzony, ścigany, w końcu zamordowany z polecenia Józef Stalina.
Piękna idea, to przecież nietuzinkowe charaktery, postacie z najważniejszych kart historii, ale to też tak, jakby napisać autobiografię Romana Polańskiego opartą li tylko i wyłącznie na dywagacjach „czy Polański lubi nieletnie dziewczynki czy nie lubi„. A taki przypadek prezentuje autobiografia Józefa Stalina autorstwa Richard Lourie, którą na polski rynek wprowadził Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK.
Wszystko, co nie nazywa się Trocki, potraktowane jest marginalnie. Ot, taki mały przerywnik, między wódką a zakąską. Biją do wiwatu wystrzały z pancernika Potiomkin, bolszewicy i mienszewicy, narodziny faszyzmu i komunizmu, gdzieś tam w cieniu toczy się jakaś europejska wojenka, długie pociągi zapchane po brzegi zesłańcami mkną na Syberię, Lenin umiera, gdzieś tam wielki głód, wielkie czystki, wielka wojna ojczyźniana, a Soso (jeden z pseudonimów Józefa Stalina – przy. autora)… pali papierosa i myśli o Trockim. Pali i myśli o Trockim, chodzi po gabinecie i myśli o Trockim, boi się wyłącznie Trockiego, aż dziw bierze, że nie bał się otworzyć kolejnej butelki czerwonego wina, bo przecież i stamtąd mógł nagle wyskoczyć dżin Trockiego!
Ażeby nie być gołosłownym, fragment: „A teraz byłby doskonały moment, by zakończyć Operację Kaczka (mającą na celu zlikwidowanie Trockiego – przyp. autora). Świat, nadal oszołomiony upadkiem Francji w czerwcu, śledzi w napięci bitwę o Anglię. Londyn płonie, niemieckie i brytyjskie samoloty ścierają się codziennie na niebie nad Anglią. (…) Ameryka, Anglia i Francja mają teraz tyle zmartwień, że nie przejmą się zbytnio śmiercią pewnego starego komunisty w Meksyku (Trocki przebywał tam na emigracji – przyp. autora).”
Nic dodać, nic ująć. Francja upadła. Londyn płonie. Wielkie mocarstwa mają „tyle zmartwień”, a wielki Stalin w tym czasie bawi się w chowanego z Trockim.
Starczy. Nie chcę już dalej kopać leżącego, jedynie drobna przestroga na koniec. Nie dajcie się nabrać na dobre samopoczucie wydawnictwa, które na okładce reklamuje książkę jako „Pasjonujący portret największego mordercy wszech czasów”, dodając – „Richard Lourie stworzył przerażającą opowieść, od której nie sposób się oderwać”.
Ja rozumiem, prawa rynku i marketingu, ale zanim w to uwierzycie, lojalnie uprzedzam: bardziej pasjonująca jest relacja z posiedzenia Sejmu, a bardziej przerażający dowolny odcinek „Pingwinów z Madagaskaru”. Wybór należy do Was.
Andrzej Kwaśniewski
|